niedziela, 6 lipca 2014

Rozdział 2: Niezły meczyk

 - Słyszałem, że to był niezły meczyk.
          Iwo Lerman. Służbowo kolega z klasy i najbliższy współpracownik na linii "matematyka-na-religii-spisuj". Co ciekawe, ich system działał jak dotąd bez zarzutu, a przypadki (to jest sytuacje, w których oboje byli całkowicie nieprzygotowani) zdarzały się na tyle rzadko, żeby uznać je za niemalże nieistniejące. Prywatnie - przystojniak i człowiek, który przynosił słodycze. Zawsze i wszędzie.
 - Niezgorszy, przyznaję.
 - Pomógłbym ci zawiesić te lampki - skinął głową na sznur zielonych lampek choinkowych, które Inga nieudolnie starała się zawiesić na karniszu, do którego nawet z krzesła nie dosięgała bez stanięcia na palcach. - Ale boję się, że twój chłopak zaraz nie tylko pożre mnie wzrokiem, ale też spróbuje strawić.
 - Powinieneś się cieszyć, że jesteś tak atrakcyjny gastronomicznie, że mają ochotę cię jeść - zakpiła.
 - W zasadzie to im się nie dziwię. Mamoru jest za słodki, ty jesteś traktowana jak wisienka na torcie, przez co ciągle cię oszczędzają, Aneta i Vesna są tylko dla tych, którzy lubią ostre żarcie, a ja okazuję się idealny. I neutralizuję nadmiar kwasów w żołądku.
 - Za dużo reklam czy plan przeniesienia się na biol-chem?
 - Powiedzmy, że za dużo informacji na raz i zaczynam gadać głupoty. Aneta powiedziała mi o tobie i Mamoru - oznajmił, a ręce Ingi zawisły bezładnie w powietrzu. Brakowało tylko tego, żeby teatralnie upuściła światełka.
          Iwo podszedł bliżej i bez trudu zmienił jej lokalizację, przenosząc ją z krzesła na podłogę, żeby samemu móc zająć się oświetleniem.
 - Jestem tu, żeby ci zaproponować, że wyręczę cię w wymierzaniu jej kary za sprzedanie tego sekretu.
 - Nie trzeba - odrzekła Inga, przekazując mu lampki. Zabrzmiało chłodno.
 - Jestem naprawdę kreatywny, kiedy się postaram.
 - Skoro ci powiedziała, musiała mieć powód. Jeszcze nigdy nie wydała żadnej mojej tajemnicy.
 - Powiedziała, że wszystko i tak nie ma już znaczenia, bo jutro nic nie będzie takie samo. Powiem szczerze, że kiedy laska robi sobie ze mnie jaja, to raczej się wkurzam. Ale powiedziała to tak, jakby miała co do tego pewność, a ja czułem tylko strach. Wytłumaczysz mi to jakoś?
 - Pewnie powiedziałeś, że to biologicznie niemożliwe, a ona odpowiedziała ci, że nie jesteś jedyną pomyłką genetyczną w okolicy. Mylę się?
 - Było tam jeszcze coś o tym, że dla mnie to dobrze, bo przynajmniej nie umrę z samotności. Inga, nie migaj się. Chcę wiedzieć, o co jej chodziło. Nie jestem Filipem, mi możesz powiedzieć wszystko. Pokłóciłyście się?
          W siatkówce na decyzję ma się chwilę. I to właśnie jej się w tym sporcie podobało. Kiedy pytano, dlaczego trenuje tak zawzięcie, odpowiadała, że ostatnią rzeczą, na jaką może sobie pozwolić, jest przegrana z Vesną, bo żadna z nich nie ma w pojedynkę szans na boisku. A prawda była taka, że mecz był jedynym czasem, w którym nie musiała się zastanawiać, czy to, co zrobi, jest tylko właściwe czy już właściwsze.
          Miała teraz dwie opcje - chcieć przeciągać tę chwilę jak najdłużej lub chcieć zagrać w siatkówkę, żeby nie musieć odpowiadać. Postanowiła zaryzykować i połączyć te dwie możliwości. To combo ją naprawdę przerażało. To było jak bomba - nie zastanawiasz się, co przyniesie jej wybuch, bo nawet nie wiesz, czy go przetrwasz, ale narzędzie samo w sobie napakowane jest najszczerszą grozą.
 - Załóż światełka i chodź za mną. Wszystko ci wyjaśnię.

•••

          Gdyby złapał się za głowę, wyglądałby głupio. Gdyby natomiast wybuchł wściekłością, wyglądałby przerażająco i jednocześnie tandetnie. Gdyby teraz powiedział, że chce zapomnieć, zapomniałby. Gdyby ją zaatakował, przegrałby. Ale wszystko to - nieważne, jak beznadziejną sytuację stwarzało - było lepsze od nierobienia niczego, co właśnie natrętnie praktykował.
 - Jesteś Wysłanniczką Czyśćca i jesteś tu, żeby zapobiec Apokalipsie, dobrze zrozumiałem?
 - Dlaczego mówisz szeptem? Jeśli chcesz chronić te informacje, to się nie martw, zadbałam o to, żeby nikt nas nie słyszał.
 - Mówię szeptem, bo mnie zatkało. Postaw się na moim miejscu - znamy się od dwóch lat, wiem, to krótko, ale myślałem, że cię całkiem nieźle znam. Poza tym Vesna... Jak pojawiłaś się w jej życiu, skoro nie zdaje sobie sprawy, że...
 - Że jestem tym, kim jestem? Zostałam tu przysłana, kiedy byłam mała. Wychowywałam się na Ziemi, razem z Vesną, a tamtej... - zamilkła, dobierając słów, które mogłyby okazać się najwłaściwsze. - Rzeczywistości nie pamiętałam. Dorastałam i zachowywałam się zupełnie jak człowiek. Z głodem czy zmęczeniem też było tak samo. A potem wrócił Mamoru i wrócił mi pamięć, bo nadszedł czas.
 - Okej... Inga, jeśli ci nie uwierzę, to się nie gniewaj, okej?
          Puściła mu płazem dwukrotne użycie "okej".
 - Nie będę ci się nawet dziwić. Mogę? - spytała, wskazując na miejsce obok niego. Skinął głową na znak potwierdzenia.
 - Co zamierzasz zrobić? - zapytał, ostatkiem sił licząc jeszcze na to, że zza drzewa wyskoczy różowy (to tylko przykład, żadna sugestia) królik i zawoła żałośnie, że to wszystko było żartem. 
 - Jeśli chodzi ci o to, czy cię zabiję, to na razie nie.
 - Poczekasz do Apokalipsy? - uśmiechnął się.
 - Trochę wiary w moje możliwości, może ją zatrzymam. A potem, jeśli zacznie ci odbijać, cię zabiję.
 - Od tej pory zawsze wolę mieć pracę domową z matematyki.
 - Powinieneś się mnie właśnie bać.
 - I co by to zmieniło? Gdybyś mi nie wierzyła, chociaż po części, niczego byś nie powiedziała. A gdybyś wyczuwała zagrożenie, unieszkodliwiłabyś mnie już dawno i to tak, że nikt by się nawet nie połapał. Mylę się?
          Nie mylił.
 - Powinieneś teraz powiedzieć, że jako mój kumpel zawsze będziesz po mojej stronie i że, jeśli tylko istnieje taka możliwość, to mi pomożesz zatrzymać Apokalipsę. Że zrobisz wszystko. Czy coś.
 - Daj mi trochę czasu. Właśnie się dowiedziałem, że moje przesiadywanie na siłowni nie ma znaczenia, bo taka laska jak ty może mnie rozwalić jednym palcem. Myślisz, że to łatwe?! - wrzasnął teatralnie, pozorując zduszony płacz, po czym uśmiechnął się, jak gdyby nigdy nic.
 - Wahania nastrojów - zauważyła Inga. - Mogę ci pomóc w ich zredukowaniu, Hasanie.
 - Hasanie? - zdziwił się. Powiedziałby pewnie coś jeszcze, gdyby szmaragdowa smuga światła nie wstrząsnęła jego ciałem niczym najzimniejszy dreszcz.

•••

 - Od czego by tu zacząć... Hmm, może od tego, że Inga była tu dzisiaj tylko rano, a inne ingopodobne Ingi są złudzeniem?
 - Nieźle, Mamoru-chan, nieźle. Naprawdę mnie nabrałeś. 
 - Gdzie jest w takim razie Iwo?
 - Spokojnie, był tylko przypadkiem.
 - Sam jesteś przypadkiem.  I w o - zaakcentował Mamoru. - Jest nieprzypadkowo Kluczem do Bramy. Tylko jeszcze o tym nie wie.
 - Powiedz mi, gdzie się pomyliłem.
 - Wszystko było pomyłką. Po pierwsze, nie masz bladego pojęcia o relacjach międzyludzkich. Ani im podobnych. Kiedy w grę wchodzi człowiek, jesteś kompletnie bezradny. To, że Inga i Iwo współpracują przy spisywaniu matematyki, nie oznacza, że przyjaźnią się aż tak bardzo, żeby mu powiedziała, kim jest. A po drugie, Aneta  n i g d y  nie zdradziłaby  ż a d n e j  tajemnicy, o której powiedziała jej moja  u r o c z a  siostrzyczka. A teraz do rzeczy - czego chcesz?
 - Przyszedłem tylko pogadać. Z  I n g ą - przedrzeźnił go Hasan.
          Był wysokim, chudym chłopakiem o niebieskich, trochę szklistych, oczach i jasnej czuprynie, która zazwyczaj lśniła w słońcu jak piękny, złotawy diament. Dzisiaj była wypłowiała i jakaś taka nijaka.
 - Ona już się nagadała. Z twoim bratem, na przykład. Więc teraz ty musisz się zadowolić towarzystwem jej brata.
 - Z moim bratem? - zapytał Hasan, po czym wykrzywił usta znacząco, by nie kryć zdziwienia. - Czego chciał?
 - Myśl, Książę, myśl. A czego mógł chcieć?
 - Mnie?
 - Wygrałeś mikrofalówkę.
 - Dzięki. Mam dwie wiadomości...
 - Dobrą i złą - dopowiedział Mamoru, pozorując przestrach.
 - Dobrą i jeszcze lepszą - oznajmił Hasan, co w przekładzie na zrozumiały brzmiało: "Złą i jeszcze gorszą". Kiedy jesteś z Piekła rodem nie wypada ci oczerniać tego, co i tak już jest złe. Więc mów o tym dobrze, może nikt się nie połapie.
 - Jedziesz - polecił Mamoru, skacząc i składając dłonie w pięści, robiąc rozgrzewkę.
 - Ten cały Iwo nie jest Kluczem.
          Rozgrzewka zakończyła się. Teraz bitwa.
 - Kluczem jest w zasadzie najlepsza osoba na to stanowisko. Uroda, co prawda, niebiańska, ale charakter... Ogień.
          Tego Mamoru już nie słuchał. Vesna była w niebezpieczeństwie. Nie, Vesna była niebezpieczeństwem.
 - Rusz się. Inga poszła po Iwo. S a m a. Jak myślisz, kogo zastanie zamiast niego?

•••

           Droga w magiczny sposób wydłużała się i momentalnie stawała się nieprzyjemna, kiedy na jedności pojawiała się choćby najmniejsza ryska. Kiedy szli z przodu, prosili się o atak ewentualnego nieprzyjaciela. Kiedy natomiast szli z tyłu, mieli te same myśli co ty, gdy byli na twoim miejscu. Czy na tym właśnie polegała przyjaźń? Na zastanawianiu się, co się jeszcze może stać?
          Zaskakujące, jak bardzo człowiek może się odczłowieczyć, gdy dowiaduje się jakiejś pierdoły, w którą nikt by nie uwierzył. A jednak. Teraz wszystko było inne, zimne, czcze. Gdyby ktoś powiedział jej, że taka jest właśnie nicość, uwierzyłaby, nie mając lepszej opcji do wyboru.
          Życie Ingi przypominało od niedawna jeden wielki paradoks. A w zasadzie "od niedawna" było czymś, co sobie wmówiła, aby ułatwić sobie pozostanie tutaj w jak najmniej zmienionym stanie. Przyszłość jednocześnie ostrzyła zmysły i rodziła czujność, o jaką nigdy by się nie podejrzewała. Lęk obejmował samotność i sposoby na uwolnienie się od niej, jedno gorsze od drugiego. Nikomu nie życzyła tego uczucia, kiedy jednocześnie tracisz smak i intensywniej go odczuwasz. Ludzie nawet nie wiedzą, jak wiele tracą, chcąc za wszelką cenę pozbyć się swojego człowieczeństwa. Kiedyś była taka jak oni. Naprawdę chciała być ponad samą sobą. Ale to akurat nie bardzo różniło Wysłanników i ludzi - chęć dominacji wszędzie jest taka sama, czy jesteś świętym, czy diabłem.
 - Słyszałem, że to był niezły meczyk - zagaił ktoś za jej plecami. I wcale nie był to Iwo.

piątek, 4 lipca 2014

Rozdział 1: Tam, gdzie prawda tkwi jak zadra


           Kiedy piłka jest w powietrzu, pragniesz tylko tego, żeby pozostała tam jak najdłużej, żeby gra nie dobiegła końca, żeby wszystko wyglądało właśnie tak. Żebyś był uwielbiany i czczony prawie jak sam Bóg, jeśli nawet nie lepiej, dzięki gwarancji, że istniejesz, która daje ci przewagę. Nawet jeśli to tylko umowna nadwyżka sił.
 - Inga, teraz! - krzyknęła Vesna, wystawiwszy jej piłkę.
           Za późno..., przemknęło przez myśl wszystkim, którym udało się wymknąć z lekcji, żeby popatrzeć na trening. Było ich tu rzeczywiście więcej niż w normalnych okolicznościach, ale nikomu to nie przeszkadzało. Może z wyjątkiem samych nauczycieli.
           Jeden z rozczarowanych nawet nie omieszkał rzucić niewybrednym komentarzem:
 - Teraz to se w dupę wsadź tę swoją wystawkę.
           Inga ścięła powietrze. Ale przynajmniej włożyła w to całą posiadaną siłę i determinację. Ta druga jednak stopniowo malała, wprost proporcjonalnie do wzrostu zmęczenia zresztą. Siła natomiast stała w miejscu, czekając, aż apogeum samo do niej przyjdzie.
 - Który to powiedział?! - warknęła Vesna, opadłszy na ziemię i momentalnie zapomniawszy o uniesieniach, jakich mogła doznawać, będąc jeszcze zaledwie kilkadziesiąt centymetrów nad powierzchnią lśniącego parkietu. Rozejrzała się niespokojnie, ale winowajca nie zamierzał ponownie wykazać się odwagą. Machnęła więc na to ręką i dedukcję odłożyła na później. - Co to było, do jasnej cholery? Myślisz, że takim zagraniem zabłysnęłabyś na mistrzostwach?! - warknęła zamiast tego w stronę Ingi, która - wsparta o kolana - łapczywie czerpała powietrze.
 - Coś ci się pomyliło, kochaniutka. Nie jedziemy na mistrzostwa - wtrąciła Aneta, posyłając Veśnie niezłomne spojrzenie dwojga oczu spowitych w najchłodniejszy błękit, jaki ktokolwiek ze zgromadzonych w tej sali widział.
 - Może i wam brakuje ambicji, ale ja nie zamierzam przez takie widzimisię przegrać.
 - Niesamowite. Szkoda, że już nie pomyślałaś o tym, że i tak jesteś za stara na zawodową karierę.
 - Coś ty powiedziała?! - warknęła Vesna jeszcze raz i podeszła do Anety nieco zbyt blisko.
           Była od niebieskookiej o co najmniej dziesięć centymetrów wyższa i śmiało mogła jej napluć na czoło, ale to nie oznaczało, że Aneta planuje się przestraszyć, a w efekcie może nawet uciec. Prawdę powiedziawszy, były jak wilkołak i księżyc. Jedno ma żal do drugiego, ale żadne z nich nie wie już, o co im w zasadzie poszło. Jednemu przeszkadza przemiana przy kradzionym świetle, drugiemu rozpaczliwe wycie, które przypomina mu o jego niefortunnych, pijackich przygodach z przeszłości. Tutaj nie można było znaleźć porozumienia.
 - Chodziło mi o to, że dałabyś się zaliczyć każdemu, byle tylko dał ci chociaż popatrzeć z ławki, jak grają mistrzowie - odparła Aneta nieco ciszej, żeby nie wkurzyć ani Ingi, ani trenera.
           Twarz Vesny podpłynęła krwią.
 - Czyżbym miała rację?
           Kiedy starsza z sióstr Silbermann miała wyprowadzać cios, do akcji wkroczył jak zawsze niesamowity, wspaniały, cudowny, boski i niezastąpiony, a jedocześnie całkiem niezwyczajny i przesłodzony Mamoru Ryuu Ishiyama, mówiąc:
 - Dzięki mnie druga drużyna ma komplet. Zastąpię cię godnie, Vesno. Przechodzisz do chłopaków.
 - Mowy nie ma - ucięła krótko.
           Mina trenera dała jej jednak jasno do zrozumienia, że jednak jest.
 - Wolałabym usiąść na ławkę - odpowiedziała, nie siląc się nawet na dawanie do zrozumienia, że nie zgadza się z werdyktem. To było co najmniej zbyt jasne.
 - Czyżby? - zapytał Mamoru, patrząc jej prosto w oczy, w których prócz zieleni płonęła wściekłość i wojna, od której zresztą i tak byli o krok.
 - Ma... - zaczęła Inga, ale urwała, żeby móc się poprawić. - Sorze, ona ma trochę racji.
 - Nie, nie ma. Wystawa była za szybka. Stanowczo za szybka. Prawda, Vesno?
           Dziewczyna patrzyła na niego jakoś inaczej, jakby lekko złagodniała, po czym niechętnie, ale jednak przyznała:
 - To prawda, przepraszam. Pójdę do chłopaków.
           I poszła, niespecjalnie się spiesząc. Mamoru patrzył na nią z zadowoleniem. Dziewczyny w kącie, które nawet dobrze nie umiały przestawiać punktów na tablicy chyba zaczęły chwalić jego dar przekonywania, na co Ishiyama głośno zachwycił się:
 - Tak wiem, jestem boski.
           Choć powiedział to raczej głośno, usłyszała to tylko Inga, która postanowiła sobie darować komentarz. Po drugiej stronie zakończyły się wszelkie formalności związane z przyjęciem nowego członka (białego kruka wśród reszty) i przejściem.
           Cholera, Filip na serwach. Co on tu w ogóle robi?, myślała Inga, uważnie obserwując jak jednego, tak i drugiego zawodnika. Drugim był bowiem Mamoru, który, stojąc pod siatką, wyraźnie żałował, że raczej nie uda mu się przyjąć serwu Filipa, który - gdyby tylko stał na odpowiedniejszej pozycji - byłby pewniakiem. Lubił i tego chłopaka, i to jak pyskował mu na lekcjach. Żałośnie przegrywał. W zasadzie to mu się nie dziwił - w końcu dzieliło ich wszystko, na czele z poczuciem humoru, wykształceniem i... zaledwie kilkoma tysiącami lat.
           Pozostała tylko chwila. Jeśli teraz dziewczyny (mimowolnie skrzyżowane z facetem) oddadzą punkt, przegrają. Z kolei jeden punkt dla nich daje im szansę na piłkę setową.
           Skup się, Arranz, powiedział do niej głos w jej głowie. Szkoda tylko, że nie jej własny. A podobno to takie fajne uczucie, gdy motywujesz sam siebie.
           Pilnuj lepiej siebie, odrzekła. Był zdziwiony. Co najmniej.
            Gwizdek. To było szybkie.
           Filip serwuje z wyskoku i na pewno chciałby, żeby piłka jak najszybciej trafiła do Mamoru, analizowała Inga. Może spróbować ledwie przerzucić piłkę przez siatkę albo skorzystać z sugestii Vesny. Albo ona jest głupia, albo celowo daje mu znaki tak, żebym to widziała.
           Trafna analiza, Arranz, powiedział ponownie głos. Ale teraz patrz na mistrza.
           Piłka ruszyła do gry. Nawet bardziej ochoczo, niż ktokolwiek się spodziewał, dlatego Inga nie była w stanie wykluczać współudziału Mamoru. Zresztą nawet nie miała na to czasu. Początkowo myślała, że Filip zasugeruje się podpowiedzią Vesny i będzie celować w Baśkę będącą dzisiaj libero. To byłoby średnio wesołe, ponieważ miała ona o siatkówce tyle pojęcia, co koza o polowaniu na żyrafy, a dzisiaj zastępowała nieobecną Paulinę czy kogoś tam innego, co w zasadzie niewiele Ingę obchodziło.
           Ale nie. Celował w nią.
           Przyjęła, starając się podać do Mamoru, który tylko się zaśmiał i - kompletnie ignorując tradycyjne "raz-dwa-trzy" widzów, zawołał:
 - Wedle życzenia!
           I wystawił chyba najlepszą piłkę, jaką kiedykolwiek otrzymała. W wywiadzie dla lokalnej gazetki (pisanej przez szurniętą sąsiadkę, która prowadziła najlepsze nieformalne schronisko dla zwierząt w okolicy, i jej syna, który oficjalnie zajmował się rubryką sportową, a nieoficjalnie podziwiał i Ingę, i sposób, w jaki grała) powiedziała później:

"Czy będąc w powietrzu, towarzyszy mi jakieś wyjątkowe uczucie? Nigdy się nad tym jakoś szczególnie nie rozczulałam. Po prostu wyskakiwałam najwyżej, jak potrafiłam (czasem nawet zbyt wysoko), żeby potem móc czuć, że ziemia za mną tęskni i wraca mnie do siebie (czasem nawet za szybko). Nie było w tym miejsca na chwałę. Ale w zasadzie to chyba od zawsze czułam, że jestem do tego w jakiś sposób przyzwyczajona i że mogłabym skakać o wiele wyżej niż tam, gdzie uważałam, że już wyżej się nie da. Mówili mi, że to wina talentu, że to on rodzi jakieś chore wyobrażenia, ale wolę go do tego nie mieszać. Obwiniam determinację. Jeśli jednak miałabym nazwać to, co towarzyszy mi, kiedy jestem ponad siatką, to powiedziałabym, że to potrzeba".

           Potrzeba bycia dalej, wyżej.
           W momencie zetknięcia się jej dłoni z piłką, przekazałajej całą siłę, jaką tylko posiadała, zamknąwszy uprzednio oczy. Gdy opadła na ziemię, co trwało o wiele krócej, niż przypuszczała, że potrwa, i co wyszło jej bardzo na dobre, ruszyła w lewo, aby ubezpieczać Sylwię w konieczności blokowania przeciwnika. Aneta i Mamoru sobie poradzą.
           Nie widziała, jak Filip przemieszcza się po boisku, aby pomóc Veśnie i jakiemuś dryblasowi trzeciej C w blokowaniu, ani jak jej piłka trafia na żelazną obronę drużyny przeciwnej. Zresztą nawet gdyby widziała, nie odczuwałaby żalu i nie traktowałaby tego jako porażki. I nie chodziło też o to, że dopóki piłka nie sięgnie parkietu, każdy jest zwycięzcą. Dopóki była siła, która ciągnęła ją w swoją stronę, poddawała jej się. To była prawdziwa porażka. Jeśli obrzydzenie było wystarczające, to nie umiała przegrywać.
           Trzy krótkie podania. Dryblas, Vesna, Filip. Czy oni jako jedyni tam grają?
           Kontra akurat tam, gdzie nie ma nikogo. A w zasadzie są. Zaraz będą. Inga i Mamoru. Jej tylko sekundę zajmie zawrócenie, on nawet nie musi się wysilać. Blok.
 - Cholera! - wrzasnął Filip, co chyba odzwierciedliło także uczucia trenera obserwującego tę partię z nadzwyczajną czujnością.
           Jaka cholera, frajerze, po prostu cię zablokowała, nie omieszkał skomentować Mamoru w myślach, rejestrując frustrację pana Sardo z uwagą i zadowoleniem. Był zabawny.
           To samo. Tyle że tym razem nie odbierał dryblas numer jeden, a dryblas numer dwa, wystawiał Filip, a atakowała Vesna. Piłka była za słaba, żeby w jakiś sposób im zagrozić.
 - Jestem! - zawołała Aneta w pełni informacyjnie, chociaż w jej ustach nawet to brzmiało gniewnie i złowrogo. Odebrała. - Sorze!
 - Się wie! - Mamoru przyjął podanie i w ułamku sekundy skontrolował sytuację przeciwnika i swoją.
           Blok ma po swojej prawej, kryją Ingę. Sylwia zna zasady, królowej schodzi się z drogi. To co - wystawiamy na lewo?
           Posłał piłkę minimalnie w tę właśnie stronę, żeby Inga zdążyła dobiec i uderzyć w nią mocno i celnie, aby trafić w przestrzeń pomiędzy mobilnym blokiem z prawej, a drugim - zaledwie tworzącym się, wybrakowanym, z lewej.
           To się nie mogło nie udać. A spojrzenia sfrustrowanej Vesny, zdumionego Filipa i wkurzonego trenera były jeszcze bardziej boskie niż on sam.
           Dobry z nas duet, co?, zapytał.

•••

 - Mamoru, nie widziałeś może Ishiyamy? - zapytał Jeremi, rozglądając się teatralnie wokół. Wyglądał śmiesznie z papierosem w zębach. Trochę jak pies, który boi się, że zabiorą mu ostatni plasterek szynki,
 - O co ci chodzi? - zapytał Mamoru, po czym zaciągnął się papierosem.
 - Zabrzmiało niemiło.
 - Miało tak zabrzmieć.
 - Chodzi mi o tego głupkowatego Mamoru, który zawsze wie, co powiedzieć, nawet jeśli to kompletnie nie na miejscu. Na przykład tego z treningu.
 - Powinieneś poczuć się wyróżniony. Tam musiałem udawać - przy tobie już nie.
 - Chyba właśnie mi samoocena skoczyła - skomentował Jeremi i, chcąc udowodnić, że mówi prawdę, skoczył na nerwowo poskrzypującą kanapę, która albo błagała o gwałt, albo o śmierć. Jak już skakać, to po całości. - Co się stało? - zapytał, momentalnie poważniejąc i odwracając głowę, aby przez ramię móc obserwować kolegę.
 - Inga w sobotę pracowała...
 - No wiem, zmywak, płyn, woda i te sprawy.
 - Z łaski swojej - jak już pytasz, to chociaż nie przerywaj, dobra? -  zbylwersował się Japończyk, na co Jeremi uniósł dłonie w pojowym geście. - A kiedy wracała i spławiła już Filipa, dorwał się do niej facet, który podszywał się pode mnie.
 - Niech zgadnę - był brzydki, miał demoniczny śmiech i cuchnął benzyną z odzysku?
 - Tak, jesteś zabawny.
 - Staram się.
 - Przeciwnie - był przystojny, wypacykowany i pewnie pachnący, chociaż nie wiem, bo żaden ze mnie hobbysta.
 - Rozczarowałeś mnie. Zawsze myślałem, że lubisz wąchać facetów.
 - Rozumiem, że mam już nie opowiadać?
 - Możesz, bo podejrzewam, że był to ktoś, kogo nie polubisz, bo w przeciwieństwie do ciebie jest hobbystą i lubi sobie popsuć to i owo.
 - Ta. Miron Goldstern.
 - No co ty nie powiesz? - zaśmiał się Jeremi, "nie dowierzając". - Nasz "pandemon"?
 - Ten sam. Nie zgadniesz, kogo szukał.
 - Jeśli odrzucić wszystkie cycate modelki, to zapewne Hasana Goldsterna, który jeszcze się nie wyhasał.
 - A myślałem, że to ja mam wysoce wysublimowane poczucie humoru - mruknął Mamrou pod nosem. - Tak - zaczął głośniej. - Wszyscy szukają Hasana, a ja nie wiem, dlaczego, do cholery.
 - Może jeszcze nie wpadli na to, że domofony są po to, żeby ich używać? Daleko się nie zaszył. Skoro jesteście o krok od otworzenia Bramy, to na pewno nie będzie się ukrywał wiecznie. Ups - urwał. - Chyba właśnie o to wam chodzi. O wieczność.
 - Wkurwiasz mnie - przyznał Mamoru z rozbrajającą szczerością.
 - Zachowuj się, jesteś w szkole.
           To fakt. Nawet jeśli zabunkrowali się na poddaszu, które pachniało przegniłym drewnem i papierosami, bo i czym miało pachnieć, skoro pełniło rolę palarni, a swojej natury wyrzec się nie mogło?
 - Zdajesz sobie w ogóle sprawę z tego, że jeśli Brama zostanie otwarta, to zaleją nas duchy i już nikomu nie będzie można ufać?
 - Tak więc w zasadzie nie bardzo będzie się to różniło od tego, co mamy obecnie. Tyle tylko, że jedni będą mieli postać białych prześcieradeł z otworami na oczy, a drudzy nie.
           Mamoru wymiękł. Ze złością zacisnął lewą pięść, w prawej zgniótł papierosa, co miało oznaczać, że właśnie przygotowywuje się do wyjścia.
 - Dobra, okej, rozumiem - zaczął Jeremi na nowo, tym razem naprawdę już poważniejąc. Nie odpuścił sobie tylko papierosa. - Że Hasan to twój kumpel, jako jedyny rozumie twój... - urwał, szukając odpowiedniego słowa. - Niecodzienny los i w ogóle. Ale nie popadaj w paranoję. Skoro jesteś pewien, że coś takiego jak Brama istnieje...
           Mamoru posłał mu błagalne, a jednocześnie wściekłe spojrzenie.
 - A musisz być pewien, bo sam wiesz, jak jest, to na pewno sposób jej otwarcia jest jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic tego - i nie tylko tego - świata, a widzimisię jednej czy dwóch osób nic tu nie zmienia. Nie ma lekko, ale weź się ogarnij. Poza tym, komu jak komu, ale Hasanowi chyba powinno szczególnie zależeć na tym, żeby Brama się jednak nie otworzyła.
 - Sama to ona na pewno się nie otworzy. Problem w tym, że wiemy tylko o jednej osobie, która na dodatek nie jest aż tak potężna. Nie dałaby rady, nie mając nikogo do pomocy, to więcej jak pewne.
 - Więc to już jest jakiś punkt dla was. Macie przewagę. Masz siebie, Ingę i Hasana, który, kiedy już raczy się pojawić, stanie po waszej stronie, nawet jeśli to nie do końca poprawne. No i jestem jeszcze ja.
 - A ty co niby możesz zrobić? - zdziwił się Mamoru.
 - Jak to co? Pokropić was wodą święconą. Szczególnie Hasan się ucieszy - odparł Jeremi, zaciągnąwszy się dymem papierosowym i wydawszy z siebie dźwięk podobny do skwierczenia rozgrzanego na patelni tłuszczu, do którego jakiś nieodpowiedzialny stwór dolał wody.
           Mamoru - całkowicie mimowolnie, rzecz jasna - parsknął śmiechem.
 - Obawiam się, że używa kremów z filtrem - odpowiedział w końcu Ishiyama. Jeremi też zaczął się śmiać, a potem opuścił sofę, która pożegnała go kolejnym niejednoznacznym skrzypnięciem, i podszedł do parapetu zajmowanego przez Mamoru.
 - Pogoda się psuje. Może zamówisz u tatusia?
 - To nawet nie jest zabawne.
 - To czemu się śmiejesz?
 - Bo to lepsze od smucenia się. Przynajmniej rzuca ci złudzenie, że jednak może wcale nie jest tak źle.
 - Uważasz, że życie złudzeniami ma sens?
 - A uważasz, że nie? Popatrz tam - wskazał jakąś parę przechodzącą przez bramę.
 - O, Albert wyrwał nową panienkę. Fakt, ma niezły tyłek.
 - No dobra, może to nie najlepszy przykład. Więc patrz tam, na tych staruszków na ławce.
 - Oni? Znam ich z widzenia. Małżeństwo od ponad sześćdziesięciu lat. Zgodne jak jasna cholera. Tak bardzo, że aż nie mogę uwierzyć.
 - Ale ja mogę. Są szczęśliwi. Żyją złudzeniami od momentu przyjścia na świat. Uważasz, że taka Inga im dorówna, kiedy pozna prawdę?
 - To jeszcze jej nie zna?
 - Podobnie jak ja. Prawda oszczędza tylko domysłów, cierpienia przy niej nie unikniesz. Czasem naprawdę chciałbym móc się cieszyć życiem tak, jak wy możecie to robić. Dlatego kompletnie nie rozumiem, dlaczego tak często i chętnie mówicie o prawdzie, którą chcecie zgłębić, a o której istnieniu tak naprawdę nie macie bladego pojęcia.
 - Może dlatego, że nie ma jeszcze nikogo, kogo by ta twoja prawda zabiła? Czasem potrzeba poświęcenia, żeby ocenić, czy było warto.
 - Czcze gadanie.
 - Ludzkie, Mamoru-chan. Ludzkie.
 - Nie mów do mnie... - zaczął Mamoru, kiedy do salki wpadł jakiś przygłupi uczeń z drugiej B i zawołał:
 - Proszę księdza, nie żeby nam się do Bozi spieszyło czy coś, ale mieliśmy umowę, że jak zaczniemy lekcję już na przerwie, to wyjdziemy dziesięć minut wcześniej.
 - Racja. Zadzieram kiecę i lecę - oznajmił Jeremi, nie mogąc się zdecydować, którą z części wypowiedzi zaakcentować. Więc podkreślił całe zdanie i zostawił Mamoru sam na sam z deszczem, który dopiero planował pokazać światu, na co go stać.

środa, 2 lipca 2014

Prolog: Wampir


 - Myślałem, że ta impreza się już nie rozkręci - skomentował Filip, tłumiąc śmiech.
 - Mówiłam, że wystarczy zwiększyć ilość wódki w drinkach, a wszystko dojdzie do normy - odparła Inga, przeskakując po trzy stopnie, by dzięki temu znaleźć się na ziemi zaledwie jednym susem.
 - Do normy? - zaśmiał się, sprawdzając jednocześnie, czy zamknął drzwi wystarczająco starannie. - To chyba inaczej rozumiemy pojęcie normy.
 - Jeśli uzależniasz je od ludzi, a konkretnie ich stanu emocjonalnego, to tak - nasze rozumienie tego pojęcia jest kompletnie inne. Ale jeśli weźmiesz pod uwagę okoliczności, to okaże się, że to wesele wcale nie było wyjątkowe na tle innych.
          To zabawne, jak wielu ludzi okupuje wyjątkowość tylko dlatego, że w ich mniemaniu jest własna, jednocześnie inspirując się wszystkimi, którzy znaleźli się w identycznej sytuacji przed nimi, żeby ułatwić sobie zaakceptowanie rozwiązań. Inności szukać w identyczności. Ludzie naprawdę niewiele różnili się od nich.
 - Tak czy inaczej wszyscy bawili się raczej dobrze, a my tylko na tym skorzystaliśmy - skomentował, ostatecznie idąc w jej ślady, jeśli idzie o pokonywanie wzniesień i schodków.
 - Nie powiedziałabym, że wszyscy. A ta nadęta w takiej różowej kiecce?
 - Mniejsza o nią, skoro i tak była nadęta. Zresztą... Co się tak tym przejmujesz? - zagadnął, objąwszy ją ramieniem. - Mam dopatrywać się podtekstów, hm?
           Ruszyli przed siebie otuleni własnym oddechem i ciemną, letnią nocą, która niewiele różniła się od nocy zimowych. W zasadzie to tylko nazwa, brak śniegu i brak ciepłych kurtek je dzieliły, wszystko inne pozostało niezmienne. Inga spojrzała w niebo. Nie było na nim ani jednej gwiazdy.
           Prawda ukryta jest w gwiazdach, żebyśmy nie mogli jej sięgnąć, zadźwięczało jej w uszach na głucho. Ale kiedy nadejdzie czas, gwiazdy same przyjdą do ciebie, aby oznajmić ci, że teraz musisz bać się naprawdę, bo prawda o wiele chętniej ucieka, aniżeli przychodzi.
           To nie była prawda, skoro żadna z gwiazd się nie pofatygowała, targając na plecach cholerną prawdę. Mało brakowało, a rzeczywiście by się temu uczuciu poddała, zwątpiłaby w to, że jeszcze wszystko może być w porządku.
           Podobno Bóg przychodzi wtedy, kiedy jest nie źle, nie kiepsko, ale wprost tragicznie. Poczuła się oszukana, gdy, będąc na skraju wytrzymałości, żaden Bóg się nie pojawił. Za to przyszedł on. Żeby obwieścić jej, że wszystko, co dotąd uważała za niepodważalne, jednak takie nie jest, a ona karmi się kłamstwami, które serwuje jej utkany w mistyfikacji świat. Chyba powinna się z siebie śmiać, bo mimo że zawsze brzydziła się oszukiwaniem, teraz wolała pozostać w tamtej, nieprawdziwej skórze samej siebie. A się nie śmiała. Widocznie nie miała dystansu do własnej hipokryzji.
 - Coś nie tak? - zapytał, patrząc na nią z niepokojem.
           I gdy już otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, w tle zacharczał bordowy Harley Davidson. To charczenie było jak dla niej niezbitym dowodem na to, że motocykl wręcz domaga się prawa do emerytury i w przeciwieństwie do niektórych akceptuje swoją (prawie) zabytkowość. Chyba zaczynała mu współczuć, że trafił mu się tak niewdzięczny pan.
 - Mamoru przyjechał - oznajmiła, chociaż doskonale o tym wiedział.
           Zwolnił nawet uścisk, jakim ją obdarzył.
 - Myślałem, że zabierzesz się z nami tak jak zwykle.
 - Jechałam z wami dwa razy na osiem. Tak jak zwykle? - zakpiła, uśmiechając się lekko.
 - Szybko się przyzwyczajam.
 - Niesamowite. Więc skoro tak, to powinieneś być już wprost zahartowany w mojej niezależności.
 - Jeśli niezależność rozumieć przez bycie podwożoną przez polonistę.
 - Urząd się nie postarał, bo jeszcze nie ma mojego prawka do odebrania.
 - Nie zmieniaj tematu. Chodziło mi głównie o Ishiyamę.
 - Mówiłam ci już, że to przyjaciel rodziny.
 - Ludzie węszą i ciągle mnie o niego pytają. To wkurzające.
 - Widocznie ludzie zazdroszczą mi, że mam was obi blisko siebie. Wiesz, zła królowa, która trzyma w garści dwóch najprzystojniejszych i najwierniejszych sługów. Nie dziwię się, że moje poddane są zazdrosne. W końcu mam urodę, mądrość i wiem o wiele więcej niż one - przyznała samej sobie kpiąco. - A teraz posłuchaj swojej pani, sługo - zaczęła, posyłając mu rozbawione spojrzenie, które pochłonęła i przeżuła odpowiednio noc, by zmienić je w coś złowrogiego. - Ishiyama to Ishiyama. Chce się nam odwdzięczyć za pomoc, to się odwdzięcza. Jest dla mnie jak... Jak starszy brat albo wujek. Taki bardzo młody wujek. I na swój sposób uroczy. I przystojny. I...
 - Dobra, wystarczy, wierzę - zaśmiał się, ponownie obdarzając ją uściskiem. - Tylko już mnie nie torturuj, o pani.

•••

           Eins, zwei, drei. Eins, zwei, drei. Eins, zwei, drei. Powiedznko Korowiowa utkwiło mu w pamięci tak bardzo, że nawet dreptanie w miejscu musiało odbywać się w tym rytmie. Choć był to też sposób na wszystko. Okazywanie rozbawienia, rozgoryczenia i obrzydzenia także. Tym razem był to snajper, który co chwila próbował zastrzelić czas. Brak mu było i wiedzy, i doświadczenia, i talentu.
           Podeszła niespiesznie, pożegnawszy tego chłopaka jakoś z zbyt czule jak na nią. Jeśli Ziemia tak zmieniała, to chciał wracać jak najprędzej, bo wolał wszystko od utraty swojej męskiej dumy.
           Przystosowywanie się stworzeń do sytuacji jest poniekąd niesamowite. Będąc z tamtym, jej kroki przypominały niespiesznie rozsiewany mak. Idąc tu, były już właściwe - wojownicze, ale ciche i dyskretne. Zabiłaby z łatwością. Zaczął się zastanawiać, czy to aby nie uczucia są przyczyną takich zmian.
 - Jestem. Przepraszam, trochę się przeciągnęło, bo znowu musiałam mu tłumaczyć, że nie jesteś moim kochankiem - zaśmiała się, chwyciwszy kask i nawet na niego, pseudokochanka, nie zerknąwszy.
           Podszedł do niej, chyba nawet trochę za blisko. Zauważyła, że coś dziwnego dzieje się z atmosferą, że jakoś to gęstnieje, to traci. Ubrany był w czarny kombinezon, idealny dla motocyklisty, jak mu powiedzieli, ale to nie było istotne. Noc jest na tyle magiczna, że zabiera wszystko to, co w dzień nabiera szczególnego znaczenia, i daje odpocząć. Tylko jeśli ktoś naprawdę bardzo tego chce (czytaj: jest pracoholikiem albo osobą uzależnioną), nadaje sens proporcjom. W tym przypadku tak zrobiła, chociaż wcale się tego nie domagał. Zrobiła to instynktownie, czując, że nie jest tym, za kogo chce uchodzić; chroniąc tę, która przecież podaje się za kogoś, kim nie jest, już od lat. Poczuł się dotknięty, bo wcale nie uważał, że jest większym przestępcą.
         Tak czy inaczej postępek nocy nie miał większego sensu, bo oprócz wzrostu wiele ich już nie dzieliło, kiedy cała ich postać rysowała się na czarno. Objął Ingę, stanąwszy za jej plecami, a ona nie krzyknęła ani nawet nie pisnęła, bo to ugodziłoby jej dumę.
 - Może kochankiem jeszcze nie jestem... Ale powinien się bać - wyszeptał jej do ucha na tyle, na ile umożliwił mu jego głos i jej kask. A Inga poczuła, jak traci całą energię, jakby ktoś ją z niej wysysał.
         Wampir.

by Whiskas