środa, 2 lipca 2014

Prolog: Wampir


 - Myślałem, że ta impreza się już nie rozkręci - skomentował Filip, tłumiąc śmiech.
 - Mówiłam, że wystarczy zwiększyć ilość wódki w drinkach, a wszystko dojdzie do normy - odparła Inga, przeskakując po trzy stopnie, by dzięki temu znaleźć się na ziemi zaledwie jednym susem.
 - Do normy? - zaśmiał się, sprawdzając jednocześnie, czy zamknął drzwi wystarczająco starannie. - To chyba inaczej rozumiemy pojęcie normy.
 - Jeśli uzależniasz je od ludzi, a konkretnie ich stanu emocjonalnego, to tak - nasze rozumienie tego pojęcia jest kompletnie inne. Ale jeśli weźmiesz pod uwagę okoliczności, to okaże się, że to wesele wcale nie było wyjątkowe na tle innych.
          To zabawne, jak wielu ludzi okupuje wyjątkowość tylko dlatego, że w ich mniemaniu jest własna, jednocześnie inspirując się wszystkimi, którzy znaleźli się w identycznej sytuacji przed nimi, żeby ułatwić sobie zaakceptowanie rozwiązań. Inności szukać w identyczności. Ludzie naprawdę niewiele różnili się od nich.
 - Tak czy inaczej wszyscy bawili się raczej dobrze, a my tylko na tym skorzystaliśmy - skomentował, ostatecznie idąc w jej ślady, jeśli idzie o pokonywanie wzniesień i schodków.
 - Nie powiedziałabym, że wszyscy. A ta nadęta w takiej różowej kiecce?
 - Mniejsza o nią, skoro i tak była nadęta. Zresztą... Co się tak tym przejmujesz? - zagadnął, objąwszy ją ramieniem. - Mam dopatrywać się podtekstów, hm?
           Ruszyli przed siebie otuleni własnym oddechem i ciemną, letnią nocą, która niewiele różniła się od nocy zimowych. W zasadzie to tylko nazwa, brak śniegu i brak ciepłych kurtek je dzieliły, wszystko inne pozostało niezmienne. Inga spojrzała w niebo. Nie było na nim ani jednej gwiazdy.
           Prawda ukryta jest w gwiazdach, żebyśmy nie mogli jej sięgnąć, zadźwięczało jej w uszach na głucho. Ale kiedy nadejdzie czas, gwiazdy same przyjdą do ciebie, aby oznajmić ci, że teraz musisz bać się naprawdę, bo prawda o wiele chętniej ucieka, aniżeli przychodzi.
           To nie była prawda, skoro żadna z gwiazd się nie pofatygowała, targając na plecach cholerną prawdę. Mało brakowało, a rzeczywiście by się temu uczuciu poddała, zwątpiłaby w to, że jeszcze wszystko może być w porządku.
           Podobno Bóg przychodzi wtedy, kiedy jest nie źle, nie kiepsko, ale wprost tragicznie. Poczuła się oszukana, gdy, będąc na skraju wytrzymałości, żaden Bóg się nie pojawił. Za to przyszedł on. Żeby obwieścić jej, że wszystko, co dotąd uważała za niepodważalne, jednak takie nie jest, a ona karmi się kłamstwami, które serwuje jej utkany w mistyfikacji świat. Chyba powinna się z siebie śmiać, bo mimo że zawsze brzydziła się oszukiwaniem, teraz wolała pozostać w tamtej, nieprawdziwej skórze samej siebie. A się nie śmiała. Widocznie nie miała dystansu do własnej hipokryzji.
 - Coś nie tak? - zapytał, patrząc na nią z niepokojem.
           I gdy już otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, w tle zacharczał bordowy Harley Davidson. To charczenie było jak dla niej niezbitym dowodem na to, że motocykl wręcz domaga się prawa do emerytury i w przeciwieństwie do niektórych akceptuje swoją (prawie) zabytkowość. Chyba zaczynała mu współczuć, że trafił mu się tak niewdzięczny pan.
 - Mamoru przyjechał - oznajmiła, chociaż doskonale o tym wiedział.
           Zwolnił nawet uścisk, jakim ją obdarzył.
 - Myślałem, że zabierzesz się z nami tak jak zwykle.
 - Jechałam z wami dwa razy na osiem. Tak jak zwykle? - zakpiła, uśmiechając się lekko.
 - Szybko się przyzwyczajam.
 - Niesamowite. Więc skoro tak, to powinieneś być już wprost zahartowany w mojej niezależności.
 - Jeśli niezależność rozumieć przez bycie podwożoną przez polonistę.
 - Urząd się nie postarał, bo jeszcze nie ma mojego prawka do odebrania.
 - Nie zmieniaj tematu. Chodziło mi głównie o Ishiyamę.
 - Mówiłam ci już, że to przyjaciel rodziny.
 - Ludzie węszą i ciągle mnie o niego pytają. To wkurzające.
 - Widocznie ludzie zazdroszczą mi, że mam was obi blisko siebie. Wiesz, zła królowa, która trzyma w garści dwóch najprzystojniejszych i najwierniejszych sługów. Nie dziwię się, że moje poddane są zazdrosne. W końcu mam urodę, mądrość i wiem o wiele więcej niż one - przyznała samej sobie kpiąco. - A teraz posłuchaj swojej pani, sługo - zaczęła, posyłając mu rozbawione spojrzenie, które pochłonęła i przeżuła odpowiednio noc, by zmienić je w coś złowrogiego. - Ishiyama to Ishiyama. Chce się nam odwdzięczyć za pomoc, to się odwdzięcza. Jest dla mnie jak... Jak starszy brat albo wujek. Taki bardzo młody wujek. I na swój sposób uroczy. I przystojny. I...
 - Dobra, wystarczy, wierzę - zaśmiał się, ponownie obdarzając ją uściskiem. - Tylko już mnie nie torturuj, o pani.

•••

           Eins, zwei, drei. Eins, zwei, drei. Eins, zwei, drei. Powiedznko Korowiowa utkwiło mu w pamięci tak bardzo, że nawet dreptanie w miejscu musiało odbywać się w tym rytmie. Choć był to też sposób na wszystko. Okazywanie rozbawienia, rozgoryczenia i obrzydzenia także. Tym razem był to snajper, który co chwila próbował zastrzelić czas. Brak mu było i wiedzy, i doświadczenia, i talentu.
           Podeszła niespiesznie, pożegnawszy tego chłopaka jakoś z zbyt czule jak na nią. Jeśli Ziemia tak zmieniała, to chciał wracać jak najprędzej, bo wolał wszystko od utraty swojej męskiej dumy.
           Przystosowywanie się stworzeń do sytuacji jest poniekąd niesamowite. Będąc z tamtym, jej kroki przypominały niespiesznie rozsiewany mak. Idąc tu, były już właściwe - wojownicze, ale ciche i dyskretne. Zabiłaby z łatwością. Zaczął się zastanawiać, czy to aby nie uczucia są przyczyną takich zmian.
 - Jestem. Przepraszam, trochę się przeciągnęło, bo znowu musiałam mu tłumaczyć, że nie jesteś moim kochankiem - zaśmiała się, chwyciwszy kask i nawet na niego, pseudokochanka, nie zerknąwszy.
           Podszedł do niej, chyba nawet trochę za blisko. Zauważyła, że coś dziwnego dzieje się z atmosferą, że jakoś to gęstnieje, to traci. Ubrany był w czarny kombinezon, idealny dla motocyklisty, jak mu powiedzieli, ale to nie było istotne. Noc jest na tyle magiczna, że zabiera wszystko to, co w dzień nabiera szczególnego znaczenia, i daje odpocząć. Tylko jeśli ktoś naprawdę bardzo tego chce (czytaj: jest pracoholikiem albo osobą uzależnioną), nadaje sens proporcjom. W tym przypadku tak zrobiła, chociaż wcale się tego nie domagał. Zrobiła to instynktownie, czując, że nie jest tym, za kogo chce uchodzić; chroniąc tę, która przecież podaje się za kogoś, kim nie jest, już od lat. Poczuł się dotknięty, bo wcale nie uważał, że jest większym przestępcą.
         Tak czy inaczej postępek nocy nie miał większego sensu, bo oprócz wzrostu wiele ich już nie dzieliło, kiedy cała ich postać rysowała się na czarno. Objął Ingę, stanąwszy za jej plecami, a ona nie krzyknęła ani nawet nie pisnęła, bo to ugodziłoby jej dumę.
 - Może kochankiem jeszcze nie jestem... Ale powinien się bać - wyszeptał jej do ucha na tyle, na ile umożliwił mu jego głos i jej kask. A Inga poczuła, jak traci całą energię, jakby ktoś ją z niej wysysał.
         Wampir.

by Whiskas

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za każdy komentarz bardzo dziękuję. Wasze zdrowie.