piątek, 4 lipca 2014

Rozdział 1: Tam, gdzie prawda tkwi jak zadra


           Kiedy piłka jest w powietrzu, pragniesz tylko tego, żeby pozostała tam jak najdłużej, żeby gra nie dobiegła końca, żeby wszystko wyglądało właśnie tak. Żebyś był uwielbiany i czczony prawie jak sam Bóg, jeśli nawet nie lepiej, dzięki gwarancji, że istniejesz, która daje ci przewagę. Nawet jeśli to tylko umowna nadwyżka sił.
 - Inga, teraz! - krzyknęła Vesna, wystawiwszy jej piłkę.
           Za późno..., przemknęło przez myśl wszystkim, którym udało się wymknąć z lekcji, żeby popatrzeć na trening. Było ich tu rzeczywiście więcej niż w normalnych okolicznościach, ale nikomu to nie przeszkadzało. Może z wyjątkiem samych nauczycieli.
           Jeden z rozczarowanych nawet nie omieszkał rzucić niewybrednym komentarzem:
 - Teraz to se w dupę wsadź tę swoją wystawkę.
           Inga ścięła powietrze. Ale przynajmniej włożyła w to całą posiadaną siłę i determinację. Ta druga jednak stopniowo malała, wprost proporcjonalnie do wzrostu zmęczenia zresztą. Siła natomiast stała w miejscu, czekając, aż apogeum samo do niej przyjdzie.
 - Który to powiedział?! - warknęła Vesna, opadłszy na ziemię i momentalnie zapomniawszy o uniesieniach, jakich mogła doznawać, będąc jeszcze zaledwie kilkadziesiąt centymetrów nad powierzchnią lśniącego parkietu. Rozejrzała się niespokojnie, ale winowajca nie zamierzał ponownie wykazać się odwagą. Machnęła więc na to ręką i dedukcję odłożyła na później. - Co to było, do jasnej cholery? Myślisz, że takim zagraniem zabłysnęłabyś na mistrzostwach?! - warknęła zamiast tego w stronę Ingi, która - wsparta o kolana - łapczywie czerpała powietrze.
 - Coś ci się pomyliło, kochaniutka. Nie jedziemy na mistrzostwa - wtrąciła Aneta, posyłając Veśnie niezłomne spojrzenie dwojga oczu spowitych w najchłodniejszy błękit, jaki ktokolwiek ze zgromadzonych w tej sali widział.
 - Może i wam brakuje ambicji, ale ja nie zamierzam przez takie widzimisię przegrać.
 - Niesamowite. Szkoda, że już nie pomyślałaś o tym, że i tak jesteś za stara na zawodową karierę.
 - Coś ty powiedziała?! - warknęła Vesna jeszcze raz i podeszła do Anety nieco zbyt blisko.
           Była od niebieskookiej o co najmniej dziesięć centymetrów wyższa i śmiało mogła jej napluć na czoło, ale to nie oznaczało, że Aneta planuje się przestraszyć, a w efekcie może nawet uciec. Prawdę powiedziawszy, były jak wilkołak i księżyc. Jedno ma żal do drugiego, ale żadne z nich nie wie już, o co im w zasadzie poszło. Jednemu przeszkadza przemiana przy kradzionym świetle, drugiemu rozpaczliwe wycie, które przypomina mu o jego niefortunnych, pijackich przygodach z przeszłości. Tutaj nie można było znaleźć porozumienia.
 - Chodziło mi o to, że dałabyś się zaliczyć każdemu, byle tylko dał ci chociaż popatrzeć z ławki, jak grają mistrzowie - odparła Aneta nieco ciszej, żeby nie wkurzyć ani Ingi, ani trenera.
           Twarz Vesny podpłynęła krwią.
 - Czyżbym miała rację?
           Kiedy starsza z sióstr Silbermann miała wyprowadzać cios, do akcji wkroczył jak zawsze niesamowity, wspaniały, cudowny, boski i niezastąpiony, a jedocześnie całkiem niezwyczajny i przesłodzony Mamoru Ryuu Ishiyama, mówiąc:
 - Dzięki mnie druga drużyna ma komplet. Zastąpię cię godnie, Vesno. Przechodzisz do chłopaków.
 - Mowy nie ma - ucięła krótko.
           Mina trenera dała jej jednak jasno do zrozumienia, że jednak jest.
 - Wolałabym usiąść na ławkę - odpowiedziała, nie siląc się nawet na dawanie do zrozumienia, że nie zgadza się z werdyktem. To było co najmniej zbyt jasne.
 - Czyżby? - zapytał Mamoru, patrząc jej prosto w oczy, w których prócz zieleni płonęła wściekłość i wojna, od której zresztą i tak byli o krok.
 - Ma... - zaczęła Inga, ale urwała, żeby móc się poprawić. - Sorze, ona ma trochę racji.
 - Nie, nie ma. Wystawa była za szybka. Stanowczo za szybka. Prawda, Vesno?
           Dziewczyna patrzyła na niego jakoś inaczej, jakby lekko złagodniała, po czym niechętnie, ale jednak przyznała:
 - To prawda, przepraszam. Pójdę do chłopaków.
           I poszła, niespecjalnie się spiesząc. Mamoru patrzył na nią z zadowoleniem. Dziewczyny w kącie, które nawet dobrze nie umiały przestawiać punktów na tablicy chyba zaczęły chwalić jego dar przekonywania, na co Ishiyama głośno zachwycił się:
 - Tak wiem, jestem boski.
           Choć powiedział to raczej głośno, usłyszała to tylko Inga, która postanowiła sobie darować komentarz. Po drugiej stronie zakończyły się wszelkie formalności związane z przyjęciem nowego członka (białego kruka wśród reszty) i przejściem.
           Cholera, Filip na serwach. Co on tu w ogóle robi?, myślała Inga, uważnie obserwując jak jednego, tak i drugiego zawodnika. Drugim był bowiem Mamoru, który, stojąc pod siatką, wyraźnie żałował, że raczej nie uda mu się przyjąć serwu Filipa, który - gdyby tylko stał na odpowiedniejszej pozycji - byłby pewniakiem. Lubił i tego chłopaka, i to jak pyskował mu na lekcjach. Żałośnie przegrywał. W zasadzie to mu się nie dziwił - w końcu dzieliło ich wszystko, na czele z poczuciem humoru, wykształceniem i... zaledwie kilkoma tysiącami lat.
           Pozostała tylko chwila. Jeśli teraz dziewczyny (mimowolnie skrzyżowane z facetem) oddadzą punkt, przegrają. Z kolei jeden punkt dla nich daje im szansę na piłkę setową.
           Skup się, Arranz, powiedział do niej głos w jej głowie. Szkoda tylko, że nie jej własny. A podobno to takie fajne uczucie, gdy motywujesz sam siebie.
           Pilnuj lepiej siebie, odrzekła. Był zdziwiony. Co najmniej.
            Gwizdek. To było szybkie.
           Filip serwuje z wyskoku i na pewno chciałby, żeby piłka jak najszybciej trafiła do Mamoru, analizowała Inga. Może spróbować ledwie przerzucić piłkę przez siatkę albo skorzystać z sugestii Vesny. Albo ona jest głupia, albo celowo daje mu znaki tak, żebym to widziała.
           Trafna analiza, Arranz, powiedział ponownie głos. Ale teraz patrz na mistrza.
           Piłka ruszyła do gry. Nawet bardziej ochoczo, niż ktokolwiek się spodziewał, dlatego Inga nie była w stanie wykluczać współudziału Mamoru. Zresztą nawet nie miała na to czasu. Początkowo myślała, że Filip zasugeruje się podpowiedzią Vesny i będzie celować w Baśkę będącą dzisiaj libero. To byłoby średnio wesołe, ponieważ miała ona o siatkówce tyle pojęcia, co koza o polowaniu na żyrafy, a dzisiaj zastępowała nieobecną Paulinę czy kogoś tam innego, co w zasadzie niewiele Ingę obchodziło.
           Ale nie. Celował w nią.
           Przyjęła, starając się podać do Mamoru, który tylko się zaśmiał i - kompletnie ignorując tradycyjne "raz-dwa-trzy" widzów, zawołał:
 - Wedle życzenia!
           I wystawił chyba najlepszą piłkę, jaką kiedykolwiek otrzymała. W wywiadzie dla lokalnej gazetki (pisanej przez szurniętą sąsiadkę, która prowadziła najlepsze nieformalne schronisko dla zwierząt w okolicy, i jej syna, który oficjalnie zajmował się rubryką sportową, a nieoficjalnie podziwiał i Ingę, i sposób, w jaki grała) powiedziała później:

"Czy będąc w powietrzu, towarzyszy mi jakieś wyjątkowe uczucie? Nigdy się nad tym jakoś szczególnie nie rozczulałam. Po prostu wyskakiwałam najwyżej, jak potrafiłam (czasem nawet zbyt wysoko), żeby potem móc czuć, że ziemia za mną tęskni i wraca mnie do siebie (czasem nawet za szybko). Nie było w tym miejsca na chwałę. Ale w zasadzie to chyba od zawsze czułam, że jestem do tego w jakiś sposób przyzwyczajona i że mogłabym skakać o wiele wyżej niż tam, gdzie uważałam, że już wyżej się nie da. Mówili mi, że to wina talentu, że to on rodzi jakieś chore wyobrażenia, ale wolę go do tego nie mieszać. Obwiniam determinację. Jeśli jednak miałabym nazwać to, co towarzyszy mi, kiedy jestem ponad siatką, to powiedziałabym, że to potrzeba".

           Potrzeba bycia dalej, wyżej.
           W momencie zetknięcia się jej dłoni z piłką, przekazałajej całą siłę, jaką tylko posiadała, zamknąwszy uprzednio oczy. Gdy opadła na ziemię, co trwało o wiele krócej, niż przypuszczała, że potrwa, i co wyszło jej bardzo na dobre, ruszyła w lewo, aby ubezpieczać Sylwię w konieczności blokowania przeciwnika. Aneta i Mamoru sobie poradzą.
           Nie widziała, jak Filip przemieszcza się po boisku, aby pomóc Veśnie i jakiemuś dryblasowi trzeciej C w blokowaniu, ani jak jej piłka trafia na żelazną obronę drużyny przeciwnej. Zresztą nawet gdyby widziała, nie odczuwałaby żalu i nie traktowałaby tego jako porażki. I nie chodziło też o to, że dopóki piłka nie sięgnie parkietu, każdy jest zwycięzcą. Dopóki była siła, która ciągnęła ją w swoją stronę, poddawała jej się. To była prawdziwa porażka. Jeśli obrzydzenie było wystarczające, to nie umiała przegrywać.
           Trzy krótkie podania. Dryblas, Vesna, Filip. Czy oni jako jedyni tam grają?
           Kontra akurat tam, gdzie nie ma nikogo. A w zasadzie są. Zaraz będą. Inga i Mamoru. Jej tylko sekundę zajmie zawrócenie, on nawet nie musi się wysilać. Blok.
 - Cholera! - wrzasnął Filip, co chyba odzwierciedliło także uczucia trenera obserwującego tę partię z nadzwyczajną czujnością.
           Jaka cholera, frajerze, po prostu cię zablokowała, nie omieszkał skomentować Mamoru w myślach, rejestrując frustrację pana Sardo z uwagą i zadowoleniem. Był zabawny.
           To samo. Tyle że tym razem nie odbierał dryblas numer jeden, a dryblas numer dwa, wystawiał Filip, a atakowała Vesna. Piłka była za słaba, żeby w jakiś sposób im zagrozić.
 - Jestem! - zawołała Aneta w pełni informacyjnie, chociaż w jej ustach nawet to brzmiało gniewnie i złowrogo. Odebrała. - Sorze!
 - Się wie! - Mamoru przyjął podanie i w ułamku sekundy skontrolował sytuację przeciwnika i swoją.
           Blok ma po swojej prawej, kryją Ingę. Sylwia zna zasady, królowej schodzi się z drogi. To co - wystawiamy na lewo?
           Posłał piłkę minimalnie w tę właśnie stronę, żeby Inga zdążyła dobiec i uderzyć w nią mocno i celnie, aby trafić w przestrzeń pomiędzy mobilnym blokiem z prawej, a drugim - zaledwie tworzącym się, wybrakowanym, z lewej.
           To się nie mogło nie udać. A spojrzenia sfrustrowanej Vesny, zdumionego Filipa i wkurzonego trenera były jeszcze bardziej boskie niż on sam.
           Dobry z nas duet, co?, zapytał.

•••

 - Mamoru, nie widziałeś może Ishiyamy? - zapytał Jeremi, rozglądając się teatralnie wokół. Wyglądał śmiesznie z papierosem w zębach. Trochę jak pies, który boi się, że zabiorą mu ostatni plasterek szynki,
 - O co ci chodzi? - zapytał Mamoru, po czym zaciągnął się papierosem.
 - Zabrzmiało niemiło.
 - Miało tak zabrzmieć.
 - Chodzi mi o tego głupkowatego Mamoru, który zawsze wie, co powiedzieć, nawet jeśli to kompletnie nie na miejscu. Na przykład tego z treningu.
 - Powinieneś poczuć się wyróżniony. Tam musiałem udawać - przy tobie już nie.
 - Chyba właśnie mi samoocena skoczyła - skomentował Jeremi i, chcąc udowodnić, że mówi prawdę, skoczył na nerwowo poskrzypującą kanapę, która albo błagała o gwałt, albo o śmierć. Jak już skakać, to po całości. - Co się stało? - zapytał, momentalnie poważniejąc i odwracając głowę, aby przez ramię móc obserwować kolegę.
 - Inga w sobotę pracowała...
 - No wiem, zmywak, płyn, woda i te sprawy.
 - Z łaski swojej - jak już pytasz, to chociaż nie przerywaj, dobra? -  zbylwersował się Japończyk, na co Jeremi uniósł dłonie w pojowym geście. - A kiedy wracała i spławiła już Filipa, dorwał się do niej facet, który podszywał się pode mnie.
 - Niech zgadnę - był brzydki, miał demoniczny śmiech i cuchnął benzyną z odzysku?
 - Tak, jesteś zabawny.
 - Staram się.
 - Przeciwnie - był przystojny, wypacykowany i pewnie pachnący, chociaż nie wiem, bo żaden ze mnie hobbysta.
 - Rozczarowałeś mnie. Zawsze myślałem, że lubisz wąchać facetów.
 - Rozumiem, że mam już nie opowiadać?
 - Możesz, bo podejrzewam, że był to ktoś, kogo nie polubisz, bo w przeciwieństwie do ciebie jest hobbystą i lubi sobie popsuć to i owo.
 - Ta. Miron Goldstern.
 - No co ty nie powiesz? - zaśmiał się Jeremi, "nie dowierzając". - Nasz "pandemon"?
 - Ten sam. Nie zgadniesz, kogo szukał.
 - Jeśli odrzucić wszystkie cycate modelki, to zapewne Hasana Goldsterna, który jeszcze się nie wyhasał.
 - A myślałem, że to ja mam wysoce wysublimowane poczucie humoru - mruknął Mamrou pod nosem. - Tak - zaczął głośniej. - Wszyscy szukają Hasana, a ja nie wiem, dlaczego, do cholery.
 - Może jeszcze nie wpadli na to, że domofony są po to, żeby ich używać? Daleko się nie zaszył. Skoro jesteście o krok od otworzenia Bramy, to na pewno nie będzie się ukrywał wiecznie. Ups - urwał. - Chyba właśnie o to wam chodzi. O wieczność.
 - Wkurwiasz mnie - przyznał Mamoru z rozbrajającą szczerością.
 - Zachowuj się, jesteś w szkole.
           To fakt. Nawet jeśli zabunkrowali się na poddaszu, które pachniało przegniłym drewnem i papierosami, bo i czym miało pachnieć, skoro pełniło rolę palarni, a swojej natury wyrzec się nie mogło?
 - Zdajesz sobie w ogóle sprawę z tego, że jeśli Brama zostanie otwarta, to zaleją nas duchy i już nikomu nie będzie można ufać?
 - Tak więc w zasadzie nie bardzo będzie się to różniło od tego, co mamy obecnie. Tyle tylko, że jedni będą mieli postać białych prześcieradeł z otworami na oczy, a drudzy nie.
           Mamoru wymiękł. Ze złością zacisnął lewą pięść, w prawej zgniótł papierosa, co miało oznaczać, że właśnie przygotowywuje się do wyjścia.
 - Dobra, okej, rozumiem - zaczął Jeremi na nowo, tym razem naprawdę już poważniejąc. Nie odpuścił sobie tylko papierosa. - Że Hasan to twój kumpel, jako jedyny rozumie twój... - urwał, szukając odpowiedniego słowa. - Niecodzienny los i w ogóle. Ale nie popadaj w paranoję. Skoro jesteś pewien, że coś takiego jak Brama istnieje...
           Mamoru posłał mu błagalne, a jednocześnie wściekłe spojrzenie.
 - A musisz być pewien, bo sam wiesz, jak jest, to na pewno sposób jej otwarcia jest jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic tego - i nie tylko tego - świata, a widzimisię jednej czy dwóch osób nic tu nie zmienia. Nie ma lekko, ale weź się ogarnij. Poza tym, komu jak komu, ale Hasanowi chyba powinno szczególnie zależeć na tym, żeby Brama się jednak nie otworzyła.
 - Sama to ona na pewno się nie otworzy. Problem w tym, że wiemy tylko o jednej osobie, która na dodatek nie jest aż tak potężna. Nie dałaby rady, nie mając nikogo do pomocy, to więcej jak pewne.
 - Więc to już jest jakiś punkt dla was. Macie przewagę. Masz siebie, Ingę i Hasana, który, kiedy już raczy się pojawić, stanie po waszej stronie, nawet jeśli to nie do końca poprawne. No i jestem jeszcze ja.
 - A ty co niby możesz zrobić? - zdziwił się Mamoru.
 - Jak to co? Pokropić was wodą święconą. Szczególnie Hasan się ucieszy - odparł Jeremi, zaciągnąwszy się dymem papierosowym i wydawszy z siebie dźwięk podobny do skwierczenia rozgrzanego na patelni tłuszczu, do którego jakiś nieodpowiedzialny stwór dolał wody.
           Mamoru - całkowicie mimowolnie, rzecz jasna - parsknął śmiechem.
 - Obawiam się, że używa kremów z filtrem - odpowiedział w końcu Ishiyama. Jeremi też zaczął się śmiać, a potem opuścił sofę, która pożegnała go kolejnym niejednoznacznym skrzypnięciem, i podszedł do parapetu zajmowanego przez Mamoru.
 - Pogoda się psuje. Może zamówisz u tatusia?
 - To nawet nie jest zabawne.
 - To czemu się śmiejesz?
 - Bo to lepsze od smucenia się. Przynajmniej rzuca ci złudzenie, że jednak może wcale nie jest tak źle.
 - Uważasz, że życie złudzeniami ma sens?
 - A uważasz, że nie? Popatrz tam - wskazał jakąś parę przechodzącą przez bramę.
 - O, Albert wyrwał nową panienkę. Fakt, ma niezły tyłek.
 - No dobra, może to nie najlepszy przykład. Więc patrz tam, na tych staruszków na ławce.
 - Oni? Znam ich z widzenia. Małżeństwo od ponad sześćdziesięciu lat. Zgodne jak jasna cholera. Tak bardzo, że aż nie mogę uwierzyć.
 - Ale ja mogę. Są szczęśliwi. Żyją złudzeniami od momentu przyjścia na świat. Uważasz, że taka Inga im dorówna, kiedy pozna prawdę?
 - To jeszcze jej nie zna?
 - Podobnie jak ja. Prawda oszczędza tylko domysłów, cierpienia przy niej nie unikniesz. Czasem naprawdę chciałbym móc się cieszyć życiem tak, jak wy możecie to robić. Dlatego kompletnie nie rozumiem, dlaczego tak często i chętnie mówicie o prawdzie, którą chcecie zgłębić, a o której istnieniu tak naprawdę nie macie bladego pojęcia.
 - Może dlatego, że nie ma jeszcze nikogo, kogo by ta twoja prawda zabiła? Czasem potrzeba poświęcenia, żeby ocenić, czy było warto.
 - Czcze gadanie.
 - Ludzkie, Mamoru-chan. Ludzkie.
 - Nie mów do mnie... - zaczął Mamoru, kiedy do salki wpadł jakiś przygłupi uczeń z drugiej B i zawołał:
 - Proszę księdza, nie żeby nam się do Bozi spieszyło czy coś, ale mieliśmy umowę, że jak zaczniemy lekcję już na przerwie, to wyjdziemy dziesięć minut wcześniej.
 - Racja. Zadzieram kiecę i lecę - oznajmił Jeremi, nie mogąc się zdecydować, którą z części wypowiedzi zaakcentować. Więc podkreślił całe zdanie i zostawił Mamoru sam na sam z deszczem, który dopiero planował pokazać światu, na co go stać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za każdy komentarz bardzo dziękuję. Wasze zdrowie.